Where Dreams Come True © 2025 Linda Lee Ratto
Rozdzial PIERWSZY
Na tyle duża, żeby iść do szkoły
Sarah Miller przebudziła się gwałtownie. „Oto Już! Mój pierwszy dzień w szkole Amiszów!” Był to poniedziałek, dzień po obchodach jej ósmych urodzinach. Serce Sary przyspieszyło, zwlokła się z łóżka, jeszcze zanim zapiał kogut. W jej sypialni wyczuwało się podekscytowanie.
Mama zajrzała do pokoju Sary, jej niebieska sukienka i wykrochmalony fartuch pachniały poranną świeżością. „Tak, myślałam, że się już przebudziłaś, Saro. Widzę, że wczesny z ciebie ptaszek! Ojciec powiedział, że w pierwszym tygodniu szkoły możesz nie doić krów”. Mama wepchnęła ostatnią spinkę w swoje blond siwe włosy i tak zakończyła swój poranny ceremoniał pod czepkiem.
„Dziękuję, mamo - powiedziała Sara i przytuliła się do kolan mamy. „Proszę, pomóż mi z ułożeniem włosów pod czepkiem”. Mama rozczesała złote włosy córki. Mmm… Dobrze jest mieć uczesane włosy, pomyślała, zamykając oczy i rozkoszując się delikatnością rąk mamy. Mama zakończyła szczotkowanie, a następnie rozczesała, rozdzieliła i spięła loki Sary. „Prezent od babci jest idealny.” Sara uśmiechnęła się do lusterka, patrząc na swój biały, urodzinowy czepek.
„Tak, Sarah. Babcia zrobiła już wiele takich białych czepków. Jest w tym bardzo utalentowana, mimo że bawełniany materiał jest trudny do krochmalenia. Wszystkie przykładne uczennice szkoły Amiszów potrzebują takiego czepka”. Mama upięła ostatni lok Sary, chowając dokładnie każdy kosmyk pod urodzinowym czepkiem.
„Czy babcia nie szyła ich dla każdej nowej uczennicy, pochodzącej z naszego miasteczka Amberg?” Mama przytaknęła.
Sara przypomniała sobie historię często opowiadaną przez dorosłych w jej wiosce. Minęło prawie dziewięć lat od ich przybycia tutaj poprzez wielkie morze, to było tuż przed narodzinami Sary. Jej babcia szyła dziesiątki czepków i czarnych beretów dla nowych uczniów w tej małej społeczności. Tak było odkąd miasteczko Amberg, w stanie Pensylwania, zostało osiedlone przez Amiszów. Babcia szykowała czapki na zimę i lato, ciepłą i chłodną pogodę, pasujące na każdą okazję; do kościoła lub miejskiego zgromadzenia, a zwłaszcza do szkoły.
Mama dotknęła policzka Sary, uśmiechając się niebieskimi oczami do niebieskich oczu Sary: „Znowu śnisz, córeczko?”.
Sarah rozpromieniła się. „Jest wspaniałą Babcią”. Sara ocknęła się słysząc odgłos butów ojca na drewniano złotej podłodze w kuchni. „Mamo, spóźnię się do szkoły?”
Mama uśmiechnęła się. „Jesteśmy dziś do przodu o całą godzinę, dlatego, że dzisiaj jest twój pierwszy dzień szkoły w naszych sercach jest mnóstwo emocji i szczęścia!”
„Goodt”*. To znaczy dobrze.” Sarah poprawiła się. „Mamo, musimy teraz mówić bardziej poprawnym angielskim. To jest szkolnym, nie ze „school”*. Siwo jasne brwi mamy uniosły się wysoko, prawie do skroni. Sara kontynuowała: „Marta wczoraj, na przyjęciu urodzinowym, zaśmiewała się z moich słów. Sara zaniżyła głos, starając się nie wysławiać o nikim źle. Wiedziała, że to nie w stylu Amiszów, którzy zawsze mówią i myślą z miłością w sercu. „Mamo, Marta powiedziała, że pani Burke chce, aby w klasie mówiono tylko po amerykańsku. Jesteśmy teraz amerykańskimi Amiszami, nie niemieckimi Amiszami”.
„Ya*. Mama skinęła głową i wzięła Sarę w ramiona. „Powiedzmy to poprawnie: Tak, Sarah. Słyszałam to o pannie Burke. Stara się wykonywać swoją pracę w tym naszym nowym kraju jak najlepiej to potrafi. Większość ludzi tutaj nie mówi już po niemiecku”.
Sarah spojrzała jeszcze raz w drewniane lusterko i ścisnęła szyję mamy. „Wspaniale radzisz sobie z moimi włosami, ale wkrótce muszę nauczyć się radzić sobie z nimi sama.”
Mama pocałowała Sarę w czoło i powiedziała: „Stajesz się coraz bardziej dorosła, więc nauczę cię. Dziękuję, moja droga madchen*- to znaczy, moja droga dziewczynko”.
„W takim razie lepiej coś zjem, żeby nabrać sił. Chcę dobrze myśleć i mówić” - powiedziała Sara. Mama zaniosła córkę do ciepłej kuchni, ponieważ krótkie nóżki Sary nie pozwalały jej chodzić. Jej nogi trochę wyrosły, a potem zaprzestały rosnąć. Nigdy się nie poruszały, nie raczkowały ani nie chodziły.
Ojciec, który nie zwykł używać wielu słów, powiedział: „Guten morgen*, Sarah. Jesteś już za duża, żeby tak na mnie zerkać w swojej nowej czapce”. Ojciec wziął Sarę w swoje pachnące porankiem ramiona. Sara poczuła jego mięśnie przez wykrochmaloną białą koszulę. Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło, po czym delikatnie posadził Sarę na wysokim krześle.
Sarah delikatnie pogłaskała powierzchnie dębową, którą Poppy (Dziadek) tak starannie wygładził. „Ojcze, Poppy jest goodt* w wyrabianiu krzeseł” - powiedziała Sarah. „Każdego ranka, kiedy siadam na tym krześle, żeby rozpocząć nowy dzień, czuję się tak, jak gdyby Poppy przytulał mnie na „guten morgen*”, czyli po angielsku „na dzień dobry””. Sarah zawierciła się i zachichotała. Uwielbiała Poppy, ojca swojego ojca. Zawsze ją łaskotał i potrafił rozśmieszyć.
Państwo Millerowie zaczęli się modlić: „Panie, pobłogosław to jedzenie w naszych ciałach w Twoim imieniu, Amen”. Zjedli świeżą jajecznicę z jaj własnych kur. Sarah pomyślała, że jej umysł jest tak samo roztrzepany jak te jajka, tak wiele było jeszcze do zrobienia.
„Sarah, ja zajmę się dojeniem i karmieniem zwierząt. Ty przygotuj się do szkoły. Kiedy wrócę, poczytamy Biblię. Wstajemy tak wcześnie, że musimy mądrze wykorzystywać czas”.
„Dobrze, ojcze. Wiem, że Stwórca pomoże mi przeżyć ten dzień jak najlepiej”. Sarah obróciła się do tyłu na swoim siedzeniu i zjechała brzuszkiem w dół po gładkiej drewnianej zjeżdżalni prowadzącej na podłogę. Mama podała jej serwetki. Sarah podczołgała się do umywalki. Mama wzięła ją na ręce i umieściła na chłodnej, łupkowej powierzchni obok zlewu. Sara przybliżyła się do zlewu i opłukała serwetki śniadaniowe.
Mama pozmywała naczynia, a Sara je wytarła. Wszystko było gotowe na specjalne czytanie Biblii.
Where Dreams Come True © 2025 Linda Lee Ratto
“Cook-Coo, Cook-Coo, Cook-Coo, Cook-Coo, Cook-Coo, Cook-Coo!”
Sarah spojrzała na ręcznie wykonanego śpiewającego ptaka. Przypomniała sobie historię zegara. Jej mama trzymała ten specjalny drewniany zegar na kolanach przez całą podróż statkiem z Niemiec. Sarah uśmiechnęła się i rozkoszowała się zapachami śniadania. Jej dom był przytulny, ciepły i wypełniony miłymi wspomnieniami. Nadchodzą nowe! pomyślała. W końcu stała się jak inne dzieci, bardziej dorosła, dojrzała. Była szkolną uczennicą. „Mam dziś tyle czasu ekstra, że nie mogę się spóźnić w mine* pierwszy dzień szkoły”. Mama ułożyła suche naczynia na półkach i zamknęła złote drewniane szafki.
„W mój pierwszy dzień.” Mama poprawiła Sarę.
„Tak, mamo. Mój pierwszy dzień, nie mine.”
Ojciec gwałtownie otworzył drzwi. „Ah, Szybcy pracownicy, szybkie umysły - powiedział. „Sarah, wiem, że sobie dobrze poradzisz dzisiaj. Bóg też o to zadba, ponieważ modlimy się specjalnie w oto ten piękny szczególny wiosenny poranek”. Chwycił Sarę i gorąco uścisnął, chociaż poranek był chłodny. Posadził ją ponownie na wysokim krześle.
„Psalm 91” – powiedział ojciec i wszyscy otworzyli swoje Biblie i razem zaczęli czytać na głos: „Kto mieszka w ukryciu Najwyższego, spoczywa w cieniu Wszechmocnego... piórami swymi osłoni cię i pod jego skrzydłami znajdziesz schronienie...”. Mama uścisnęła dłoń Sary i jej łzy zabłysnęły w świetle latarni. Sara uśmiechnęła się i odwzajemniła uścisk. Wiedziała, że mama boi się, iż dzieci mogą sprawić to, że Sarah poczuje się inna. Był to problem związany z niektórymi rodzinami. Mama próbowała ukryć swoje zmartwienie, ale Sarah wiedziała dobrze, że niektórzy ludzie myśleli i mówili otwarcie, że Sara nie może być jak inni, ponieważ nie może chodzić.
„Jego prawda będzie twoją tarczą” - Sarah zakończyła werset modlitwy i westchnęła, wplątując swój kosmyk włosów w czepek. „Wierzę w mojego Boga Wszechmogącego, szczególnie dzisiaj. Nawet Marta i jej ostry język nie są w stanie mnie zasmucić. Jestem teraz bardziej dojrzała” - powiedziała Sara. Jej rodzice przytaknęli jej. „Jestem teraz wystarczająco dorosła, by chodzić do szkoły. Jestem wystarczająco dorosła, by być silna. Cała trójka ścisnęła sobie ręce, pochyliła głowy i odmówiła resztę modlitwy w pełnej szacunku ciszy.
Ruth Miller wiozła swoja córkę do szkoły z czerwonej cegły, która znajdowała się po drugiej stronie osiedla, może o kilometr od ich domu. Podążali konno w czarnym jedno przedziałowym wózku. Poranna bryza przeszywała biały, wykrochmalony czepek Sary. „Mamo, dobrze umocowałaś moją czapkę. Przytuliła swoja głowę do mamy. Mam wrażenie, że będę czuła twój uścisk przez cały dzień.” Mama uśmiechnęła się. Sarah znów zauważyła łzy mamy. Zamrugała szybko oczyma, aby powstrzymać własne łzy.
„Dzień dobry, witaj w pierwszy dzień szkoły, droga Saro Miller„- powitał serdecznie John Hinkle. John Hinkle był trzynastoletnim synem diakona Hinkle i pierwszym prowadzącym czerwony wózek Sary – był jej poniedziałkowym szkolnym pomocnikiem. Wskoczył na tylną część powozu Millerów. John był sporym młodzieńcem i bardzo miłym. Pomógł mamie ściągnąć z góry piękny drewniany wózek dla Sary.
„Pani Miller, ja otworzę wózek Sary - zaoferował John. Przeciągnął pokolorowany na czerwono wózek na jej stronę. Sarah uśmiechnęła się w okrągłą twarz Johna Hinkle'a i zrobiła to, co często już czyniła: wyskoczyła z powozu i wsunęła się na przykryty kocem wózek. Z najwyższego miejsca bryczki, głową i stopami zrobiła tak, że znalazła się dokładnie tam, gdzie powinna być. John uśmiechnął się, unosząc brwi ze zdziwienia. „Och, Super!” powiedział John Hinkle. Twarz Sary rozpromieniała się.
„Miłego dnia, moja Saro - powiedziała mama. Nie pocałowała Sary na oczach całej szkoły liczącej trzydzieścioro ośmioro dzieci. Pomachała tylko ręką i skierowała się w stronę powozu.
„Gut * - to znaczy, dobrze, tobie też życzę miłego dnia, mamo. Teraz możesz poruszać się swobodnie beze mnie. Nie będzie potrzeby żebyś musiała mnie nosić po domu”. Sarah uśmiechnęła się i pomachała mamie. Zauważyła jak w porannym słońcu łzy mamy ściekają po policzkach. „Będę za tobą tęsknić, mamo! - zawołała Sarah, machając, gdy mama powoli zanikała z pola widzenia. John delikatnie popchnął Sarę do najniższego ceglanego stopnia szkoły. Jedyne co słyszała Sarah to odgłosy konia i bryczki, w której mama, się oddalała …
Sarah poczuła na sobie spojrzenie wszystkich 76-ciu oczu kolegów z klasy.
Mamusiu! Pomyślała Sarah podczas gdy wszystkie te oczy się w nią wpatrywały. Sarah była bliska łez. Sarah poruszyła powiekami i wzięła głęboki wdech. Spojrzała na sześć stopni w górę i w dół i szybko skierowała swoje ciało do masywnych drewnianych drzwi szkoły. Sarah szeptała do siebie: Będę tęsknić za mamą, ale teraz muszę uczyć się od innych. Pokażę im, że choć nie mogę chodzić, potrafię się poruszać i myśleć jak inni. Jestem silna!
Panna Burke, niezamężna nauczycielka z Amberg, otworzyła ciężkie rzeźbione drzwi i zaprosiła uczniów do środka. Jej wykrochmalony biały fartuch, zakrywający tradycyjne czarne ubranie Amish, powiewał na wietrze. Panna Burke szybko przyklepała fartuch do ciała.
Sarah przełknęła ślinę widząc twarz pani Burke, jak zwykle bez cienia uśmiechu. Sarah przemieściła się obok jej czarnych, ciasno sznurowanych skórzanych butów, uśmiechając się tak mocno, jak tylko potrafiła. John ruszył za nią. „Usiądź obok mnie, Sarah - szepnął John. Sarah zobaczyła, że dzieci na nią patrzą, po czym odwróciła wzrok. Sarah pomyślała, że lepiej traktować wszystkich z cukrem, a nie kroplą octu. Lepiej mówić mało, a uśmiechać się dużo. Uśmiechnęła się do pani Burke, a potem do Lily, czternastoletniej przyjaciółki, siedzącej ze starszymi dziewczynkami. Uśmiechnęła się również do reszty uczniów, którzy spojrzeli w jej stronę. Wspinając się po drewnianej ławce na swoje miejsce uśmiechnęła się również do Johna.
John, zauważył, że Sarah nisko siedzi więc wykorzystał większość jej nowych książek, aby posadzić ja wyżej. „To bardzo miłe, John, ya*. Dziękuję” - wyszeptała. Teraz jej oczy były na tym samym poziomie co innych. Zadumała się przez chwilę, po czym powiedziała: „John, nie myśl, że jestem na ciebie zła, ale dzisiaj postanowiłam tylko słuchać, nie mówić. Porozmawiamy podczas południowego posiłku. Nie chcę niczego przegapić w tym pierwszym dniu nauki”.
John przytaknął. „To mądre, Saro, bo jeśli pani Burke zada ci pytanie, a ty nie będziesz potrafiła odpowiedzieć, posadzi cię na stołku w kącie przed całą klasą. Brwi Sary uniosły się wysoko. Przełknęła ślinę, jak gdyby coś utkwiło jej w gardle.
Sara uważnie słuchała pani Burke, która czytała historyjkę o liczbach. Razem z Johnem pisała alfabet białą kredą na nowej tablicy. Z przyjemnością słuchała opowieści biblijnej czytanej przez Hildę, trzynastoletnią dziewczynkę o blond włosach i o jasnych, orzechowych oczach. Sara zauważyła, że John, podczas gdy słuchał Hildy, przeczesywał palcami swoje falujące brązowe włosy. Sarah czuła się ożywiona bardziej niż zwykle.
Where Dreams Come True © 2025 Linda Lee Ratto
Sarah poczuła się tak, jakby została przeniesiona do innego świata. Lubiła szkołę i bardzo lubiła się uczyć. Nareszcie jestem taka jak inne dzieci.
„Jakie jest angielskie słowo na kaninchen*, Sarah?” zapytała panna Burke.
Sarah pamiętała wszystko z historii czytanej przez pannę Burke, jeszcze przed Hildą. „Królik, panno Burke” - odpowiedziała Sarah i już chciała powiedzieć „ya”, ale przypomniała sobie, że panna Burke uczy w szkole Amiszów poprawnego języka angielskiego. „Ya” to niemieckie słowo Amiszów. Z dumą powstrzymała się od powiedzenia „ya”.
Panna Burke, bez uśmiechu, skinęła głową. Czy panna Burke kiedykolwiek się uśmiecha?
Sarah zauważyła, że Marta dziwnie na nią patrzy. Dlaczego Marta tak źle na mnie patrzy?
Samuel, ośmioletni chłopiec, zadzwonił mosiężnym szkolnym dzwonkiem na przerwę obiadową. Sarah nie czekając na Johna zsunęła się najpierw ze stosu książek, potem ze szkolnych schodów i tyłem wskoczyła do swojego czerwonego wózka. John ustawił go na trawie, żeby się nie stoczył. Sarah była zajęta żuciem cynamonowych plasterków jabłka, kiedy John podszedł do jej wózka.
„Jesteś szybka, Saro Miller.” John roześmiał się i podprowadził wózek z Sarą do stołów piknikowych pod bujnym zielonym klonem. Miał na głowie słomkowy kapelusz z szerokim rondem, aby osłonić twarz przed południowym słońcem. Koledzy z klasy usiedli przy drewnianych stołach piknikowych wokół drzewa, ale nikt inny nie usiadł tuż obok nich.
Sarah spojrzała w orzechowe oczy Johna. Przypominały jej oczy Hildy. „John, mądrze zrobiłeś, że zaparkowałeś tak, by wózek się nie stoczył”.
„Nie tak mądry jak Ty, Saro. Jak na kogoś tak młodego, jesteś bardzo dojrzała. John wyciągnął swój ser i chleb.
John nie wiedział, co miała na myśli. „Sny? Ja nie mam żadnych snów, Saro”.
„John, ja miewam sny tak czyste i delikatne jak liście tego klonu.
„Być może ja też śnię o czymś, ale tego nie pamiętam.
„John, powinieneś popróbować i starać się je zapamiętać, nawet w nocy. To jest wspaniałe. Śni mi się nawet, że potrafię latać!”
John parsknął śmiechem w swój gruby, chrupiący chleb. „Tego, Saro, lepiej nie opowiadaj nikomu. Jeśli powiesz o tym w klasie, Panna Burke z pewnością pomyśli, że masz nie po kolei w głowie.” Jadł i uważnie obserwował twarz Sary.
Sarah roześmiała się radośnie. John jest zabawny. Nie po kolei w głowie! Rozejrzała się i zauważyła, że znów wiele par oczu się na nią patrzy. Szepcząc powiedziała: „John, moimi snami będę się dzielić tylko z tobą”. John zgodził się i wepchnął do ust cukrowe ciasteczko. Szybko przełknął. „Tak, słyszałem o tych, którzy ciekawie śnią, a teraz znam ciebie. Kto tak śni jak ty zapewne jest wyjątkowym człowiekiem”.
Sarah poczuła, że jej twarz promienieje jak słońce. Przy Johnie czuła się dorosła. Muszę uważać na to, co mówię. Amisze nie uczą śnić ani nie rozmawiają o snach, tylko o rzeczach praktycznych. Sarah oblizała w zamyśleniu pokryte miodem palce, Dlaczego tak się na mnie patrzą? Wszystkie dzieci w szkole znały Sarę. W miasteczku Amberg mieszkało dwadzieścia rodzin, czterdzieścioro dziewięcioro dzieci, wliczając w to nawet te najmniejsze i każdy znał każdego. Wszyscy przybyli z Niemiec statkiem przez wielki ocean, szanowali prace i solidarnie wspierali jeden drugiego. Sarah powoli jadła słodzony chleb, a dzieci cały czas się w nią wpatrywały, długo i namiętnie, jakby widzieli ją po raz pierwszy. Jestem przecież taka jak wy, niczym się nie różnię. Znacie mnie dobrze. Nie powiedziała jednak ani słowa. Uczniowie jedli przy gładkich stołach, rozmawiali ze sobą i wciąż się na nią patrzyli.
„Cieszę się, że mama mi włożyła dodatkową kromkę chleba i miód koniczynowy. Jestem dziś głodna” - powiedziała Sarah do Johna. Może jeżeli zajmę się rozmową z Johnem i skupię na czymś innym uwagę, nie będę tak bardzo odczuwała na sobie ich spojrzeń. John skinął głową. Rodzina Johna zbiera wspaniały miód ze swoich uli. Sarah chciała zając Johna rozmowa i sprawić komplement, więc powiedziała: „Miód rodziny Hinkle jest najlepszym miodem na świecie. Aż ślinka mi leci!”
John uśmiechnął się w milczącym podziękowaniu. Gdy się rozejrzał się, też zwrócił uwagę na spojrzenia innych dzieci. „To wielki dzień, Saro. Nauka pochlania energię, musimy jeść nawet jeśli nie poruszamy się, tylko siedzimy. Umysł zawsze pracuje. Ty jednak przez cały dzień ruszasz swoje ciało. Jedz Saro”. John mówił szybko, mając nadzieję, że skupi uwagę Sary na sobie, a nie na innych.
Sara lubiła Johna, mimo że był od niej o wiele starszy. Miał już prawie czternaście lat i w przyszłym roku miał zakończyć szkołę i planował pracować na farmie w pełnym wymiarze godzin. Choć był starszy, starał się słuchać i zrozumieć innych. Obserwował wszystko uważnie pod swoich falistych brązowych włosów i słomkowego letniego kapelusza z szerokim rondem. John jest naprawdę dobrym pomocnikiem, pomyślała Sara, ale nic nie powiedziała.
Nagle Sarah wpadła na pomysł i jej oczy radośnie zabłysły. „John, właśnie sobie przypomniałam, że zeszłej nocy śniłam o skakaniu na skakance i przyniosłam ją nawet do szkoły. Jak ja przytrzymam jeden koniec, może się znajdzie ktoś kto przytrzyma drugi” - powiedziała Sarah. Złożyła serwetkę w czerwoną kratkę do wiaderka na lunch i wyciągnęła linę spod czerwonego koca.
„Ja przytrzymam drugi koniec. Jeśli zaczniemy nią obracać, ktoś na pewno przyjdzie i zacznie skakać” - powiedział John. Zaczęli więc ruszać skakanką śpiewając piosenkę abecadła: „A to jak Anna, która mieszka w Amberg... B to jak Ben, który pracuje w stodole... C to jak Cecylia...”.
Wkrótce dzieci zebrały się, ustawiły w szeregu i na zmianę zaczęły podskakiwać i śpiewać: „D jest jak Dawid...”.
Sarah odetchnęła głęboko, usiadła wyprostowana na trawniku. Była bardzo dumna z siebie i cieszyła się, że przypomniała sobie swój sen o skakance.
Where Dreams Come True © 2025 Linda Lee Ratto
*****
„Wróciliśmy!” Oboje zawołali radośnie otwierając drzwi i John wniósł Sarę do domu.
„Och, moja Saro, jak dobrze cię znów widzieć w domu. Dom wydaje się taki pusty bez ciebie”. Mama przytuliła Sarę, gdy zdjęła ją z ramion Johna. „John, proszę, zostań na ciasteczka z cynamonem i świeże mleko.”
„Dziękuję, pani Miller, ale mama zapewne chce żebym wrócił do domu do codziennych obowiązków. Niestety, muszę już iść” - powiedział John.
„John, chciałabym, żebyś był moim pomocnikiem każdego dnia, ale zobaczymy się w piątek rano. Teraz jesteś już wolny i możesz zająć się własną pracą i nauką” - powiedziała Sarah, przytulając się do Johna w podziękowaniu. „Proszę, weź ciasteczko na drogę do domu ciesz się spacerem już beze mnie”.
„Dziękuję, droga Saro” - powiedział John i polizał ponad piętnasto-centymetrowe cynamonowe ciasteczko. „Ależ ja jestem wolny i cieszę się, że mogę pomóc również tobie poczuć się wolną. Myślę, że z twoim szybkim umysłem i darem niesamowitych snów sprawiasz, że wszyscy czujemy się trochę „leniwi”. John roześmiał się. „Auf wiedersehen* Och, przepraszam, panna Burke skarciłaby mnie za używanie języka niemieckiego... Do widzenia państwu”.
„Miłego wieczoru, Johnie Hinkle i pozdrów swoją rodzinę” - zawołała mama. Sarah opowiedziała mamie o swoim dniu, z wyjątkiem tego, ze czuła się bez przerwy obserwowana. Zjadła trzy ogromne ciasteczka i wypiła dwie szklanki mleka.
Nagle oczy Sary zalały się łzami.
„Co się stało córeczko?” zapytała mama. Zdjęła biały czepek Sary odsłaniając jej złote, wilgotne loki. Dotknęła ręką czoła Sary.
„Czyżby to gorączka? Saro, masz gorączkę! – wykrzyknęła mama.
„Jestem trochę zmęczona, mamo.
„Uczniowie pierwszych klas zwykli ucinać sobie popołudniowe drzemki, nie wiedziałaś o tym? Teraz rozumiem, dlaczego” - powiedziała mama.
Sarah spojrzała w zatroskane i załzawione oczy mamy. „Ya*. Mam lekcje do odrobienia przed zmrokiem, ale może mała drzemka dobrze mi zrobi." Sarah wyszeptała i oparła głowę na swoich rękach na kuchennym stole. Dotknęła palcami obrusu w czerwoną kratę. Nach* - Dom. Jak dobrze być w Nach, pomyślała Sarah, poruszając intensywnie powiekami. Nie obchodziło ja to, że teraz myślała bardziej po niemiecku niż przez cały dzień. Była bardzo, bardzo zmęczona.
Sarah oparła się na kuchennym stole i położyła głowę na własnych rękach. Dotknęła palcami obrusu w czerwoną kratę. Nach - Dom. Jak dobrze być w Nach, pomyślała Sarah, mrugając długo i intensywnie. Nie obchodziło jej, że myślała bardziej po niemiecku niż przez cały dzień. Była bardzo, bardzo zmęczona.
ROZDZIAL DRUGI
Sny i wspomnienia Sary
„Wheee!” Sarah radośnie krzyknęła, gdy jej słoneczne blond loki uwolniły się na wietrze. Jej wykrochmalony czepek unosił się jak latawiec umocowany na plecach, a sznurki pod brodą falowały jak wstążki. Pędziła przez pola i wzgórza. Mknęła nad kołyszącą się pszenicą, mijala wysoką i dojrzałą kukurydzę. „Jestem wolna!” krzyknęła Sara do zbrązowiałej już kukurydzy, której owłosione łodygi falowały i szeleściły na ciepłym wietrze.
Sarah przebudziła się i przeniosła na łóżko. Dotknęła swoich małych nóżek i wyszeptała sama do siebie: „Ya*, moje nogi są wciąż małe i jeszcze nie spełniają swojego zadania.” Poczuła słodką wiosenną bryzę przedostającą się przez okno i do jej sypialni. To był tylko sen, przecież nie potrafię latać.
Znowu śniłam, och to tylko sny, sny i sny...
Przeczesała palcami swoje złote i mokre loki. Wysoka gorączka pochłonęła całe jej ciało. Westchnęła i zapytała na głos: „Jaki jest dzisiaj dzień, która jest godzina, powiedz mi Zuzanno, moja laleczko? Ya* Nie czuję się dobrze. Bardzo niedobrze” - wyszeptała w swoim na wpół amiszowym języku niemieckim.
Sarah poruszała swoimi nóżkami i zastanawiała się: jeśli będę drzemać każdego popołudnia, nawet jeśli nie będę chora, to czy będę w stanie jeszcze raz śnić o szybkim bieganiu lub lataniu? Sara patrzyła, jak jej koronkowe zasłony tańczą na wietrze.
„Mamo?” zawołała cicho, bo wiedziała, że mama jest zawsze pod ręką.
„Sarah?” Natychmiast pojawiła się jej mama, jak we śnie. „Och, moja córeczko, widzę, że się przebudziłaś”. Przytuliła Sarę do siebie. Blond włosy mamy pachniały jak świeże pranie, które właśnie rozwiesiła do wyschnięcia. Miłość matczyną Sarah poczuła aż po palce stóp.
Położyła rękę na czole Sary i pogłaskała jej wilgotne włosy. „Wciąż masz gorączkę. Jesteś chora?” Sara nic nie powiedziała i po prostu dalej leżała w ramionach mamy. „Pamiętasz, jak po szkole zasnęłaś na stole w kuchni? To było dwie godziny temu. Ojciec zjadł już kolację i idzie na wieczorny udój. Nie jest jeszcze ciemno, jest to wciąż twój pierwszy dzień szkoly. Mama wtuliła policzki Sary w swoje dłonie. „Musisz być głodna. Pora na kolację”.
„Nie, mamo. Ja...” Ramiona Sary opadły bezwładnie przypominając makaron jajeczny, który dziadek przygotowywał w każdą sobotę. „Ja … nie czuję się dobrze.
Where Dreams Come True © 2025 Linda Lee Ratto